herb   mariampol logo 01     mbm m
Strona poświęcona jest pamięci Kresów Wschodnich - miasta Mariampol w byłym powiecie stanisławowskim, obecnie w rejonie halickim, jego byłych i obecnych mieszkańców.
Text Size

Mariampol 1918 - 1945 r.

Po odzyskaniu niepodległości rozpoczął się wzmożony okres rozbudowy Mariampola.
W 1920 r. proboszczem w Mariampolu obrządku rzymsko-katolickiego został ks. Marcin Bosak urodzony w 1889 r. Pochodził z licznej rodziny- 2 braci 2 siostry. Był wyjątkowo uzdolniony, w 1910 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego we Lwowie. W 1914 r. ukończył Wydział Teologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bpa Józefa Bilczewskiego metropolity Archidiecezji Lwowskiej.
Gorliwy kapłan, wybitny kaznodzieja i mówca, niezwykły organizator i inicjator, budowniczy działacz społeczny i narodowy, płomienny patriota odznaczony srebrnym krzyżem zasługi.
akt erekcyjny m W latach 1926-1927 zbudował Dom Ludowy i uruchomił w nim sklep Kółka Rolniczego, mleczarnię, a na piętrze ośrodek młodzieży (KSM) z dużą salą teatralną. Jego staraniem w 1930r. wybudowano nową Publiczną Siedmioklasową Szkołę Powszechną. Działała także Kasa Stefczyka. Szczytem zamierzeń ks. Marcina był nowy kościół z wysoką wieżą, Sanktuarium Matki Boskiej Mariampolskiej i koronacja cudownego Obrazu. Dla ożywienia ducha religijnego urządzał misje, poświęcił parafię Sercu Bożemu, założył Apostolstwo Modlitwy i wzniósł pomnik Najśw. Serca Pana Jezusa. Pomagał też wydatnie w budowie nowej cerkwi.
Dwa doroczne odpusty na Św. Trójcę i na Matkę Boską Siewną urządzał bardzo uroczyście. W 1936 r. przeprowadził konserwację cudownego obrazu Matki Boskiej.
W 1939 r. ks. Kanonik obchodził swój srebrny jubileusz kapłaństwa. Budowa Sanktuarium postępowała wolniej niż planowano. W surowym stanie stanęły tylko nowy kościół i plebania.

W tym samym czasie proboszczem obrządku greckokatolickiego był powszechnie poważany ks. Wasyl Motiuk (Василь Мотюк) ur. w 1853 r. wyświęcony w 1879 r. który objął parafię w 1884 r. Inicjator i założyciel wielu towarzystw oświatowo- kulturalnych przyczynił się do budowy czytelni " Просвіти " i jej aktywny działacz, założyciel cerkiewnego i świeckiego chóru. W 1926 r. Rusini po patronatem O. Motiuka wybudowali cerkiew po wezwaniem Воздвиження Чесного Хреста - po lewej stronie od kościoła kapucyńskiego, wejście od strony rynku.
Podczas epidemii cholery ryzykował własnym życiem spowiadając chorych i uczestniczył w ceremoniach pogrzebowych. W aktywnej działalności pomagały trzy jego córki, które były nauczycielkami. Ks. dziekan Wasyl Motiuk zmarł w 1934 r. po 50-ciu latach pracy duszpasterskiej w Mariampolu pochowany na miejscowym cmentarzu.
dowod m Zapis greckokatolickiej parafii z 1913 r. podaje, że w Mariampolu (łącznie z Wołczkowem) było: 947 wyznawców wg obrządku greckokatolickiego; 2149 wyznawców łacińskich; 622 wyznawców judaizmu (Żydzi). Po I-ej wojnie światowej liczebność Żydów bardzo zmalała, społeczność żydowska, która mieszkała w Mariampolu zakończyła swoją egzystencję w czasie II wojny światowej, po wkroczeniu armii niemieckiej.
Żydów wywieziono do getta w Stanisławowie, a znaczną część rozstrzelano. Oprócz w/w obiektów działała również Poczta Polska i Zarząd Gminny.
Ludność Mariampola i Wołczkowa żyła w zgodzie do 1939 r.
Obchodzono wspólnie święta; Polacy zapraszali Rusinów, którzy obchodzili święta wg kalendarza juliańskiego (13 dni później), Rusini zapraszali do siebie Polaków. W mieszanych małżeństwach obchodzono święta dwukrotnie. Wyjaśnić trzeba, że syn przyjmował wiarę po ojcu, a córka po matce i odpowiednio byli chrzczeni w kościele lub w cerkwi.
Mariampol dzielił się na: Mariampol miasto, Pierwsze Przedmieście, Drugie Przedmieście, Słobodę, Psiarnię, Dolinę, Za Wałami, Za Murem oraz przylegającą wieś Wołczków.
Mój ojciec, Błażej Dorosz pochodził ze Słobody, tam rodzice z dziadkami prowadzili wspólnie gospodarstwo rolne.
Przeprawa promowa poniżej wyspy umożliwiała skracanie drogi do Stanisławowa przez Pobereże. Zimą podczas mrozów, kiedy Dniestr skuty był lodem stosowano wzmocnienia lodu, poprzez układanie kilku warstw słomy polewając wodą. Tak wzmocniona warstwa lodu zabezpieczała przejazd saniami. Wspomnieć należy również, bo nie wszyscy pamiętają, że z Góry Zamkowej od strony Pobereża w połowie jej wysokości bije źródełko. Woda posiada właściwości lecznicze, szczególnie ma pozytywne oddziaływanie na oczy.

Opis Mariampola z okresu XIX w. i okresu między wojennego przedstawia Pan Bronisław Jarosławski urodzony w Mariampolu 15 marca 1920 r.(zmarł 20 sierpnia 2005 r. pochowany na cmentarzu we Wrocławiu).

Oto całość tego opracowania.

Swoje opracowanie traktuję fragmentarycznie, ale w pełni wiążące się z historią Mariampola.
Zacznę od rzeki Dniestr. Miała ona w przeszłości duże znaczenie w dziejach Mariampola.
Od bardzo dawnych czasów Dniestr był rzeką spławną. Już Mikołaj Rej, polski pisarz zamieszkały w Żórawnie nad Dniestrem napisał, że spławiał Dniestrem zboże aż do Morza Czarnego. Jeszcze w latach dwudziestych minionego stulecia Dniestrem płynęły tratwy huculskie z drewnem z Karpat. Budowana w tym czasie nowa Cerkiew w Mariampolu korzystała w 100 % z drzewa sprowadzanego tratwami do Mariampola.
Są jeszcze na pewno w Mariampolu ludzie, którzy pamiętają jak tracze na rynku piłami dokonywali obróbki materiału. Majstrem przy budowie Cerkwi był Pawło Smereczyńskij, a głównym cieślą budującym kopułę Cerkwi był Jan (Iwan) Gojan z Psiarni.
W wybudowanej w tym okresie czytelni "Proświty" w technologii pruskiego muru - elementy drewniane były dziełem tegoż Gojana.
Do drugiej wojny światowej (1939 r.) po Dniestrze pływały dwa statki motorowe, które woziły spacerowiczów do granicy z Rumunią. Popularne były też spływy kajakowe do Zaleszczyk, ze stałym miejscem postoju w Mariampolu.
Zatrzymywali się wycieczkowicze koło promu, a nocowali bardzo często na Zamku tam gdzie obecnie odbywają się święta Kupały. Statki po wkroczeniu w 1939 r. Sowietów, zostały zarekwirowane i zabrane z Dniestru podobno na Dniepr. Koryto Dniestru było oczyszczone bagrem (pogłębiarką), które z dna usuwały zanieczyszczenia w postaci kamieni i odpadów zatopionych drzew. Żegluga Dniestrem wymagała oznakowania nurtu rzeki to jest trasy, po której ta żegluga mogła się odbywać. Nie stosowano boj, bo nie spełniały dobrze swego przeznaczenia, dlatego nurt wyznaczano wiechami. Do dna rzeki wbijano pale, a do nich przytwierdzano tyczki z łoziny około 3 m długości na końcu, których a ich wierzchu była kita ze słomy lub trawy. Taka tyczka przy "dużej wodzie" uginała się ale nie łamała. Na Dniestrze w Mariampolu czynna była całodobowa przeprawa promowa.
Prom był spółką, w której 50 % udziału miała gmina a 50 % bracia Jan i Marcin Jarosławscy.
Z usług przeprawy korzystali nie tylko mieszkańcy Mariampola, ale także Delejowa, Łanów Tumirza, Trościaniec, Jeziórka a nawet, Uścia Zielonego. Ponieważ w Mariampolu było mało lasów, a domy opalano tylko drzewem, dowożono je ze Stryhaniec, Bukowni, Roszniowa itp.
Większość drzewa sprowadzano w zimie, gdy na Dniestrze był lód, ale i w innych miesiącach korzystano w tym celu z promu. Od czasów austriackich Dniestr w granicach Mariampola był uregulowany (w innych miejscach też).
Od Branówki do dużej wyspy pod zamkiem, aż do drugiej wyspy (Ostrowiec) była tama główna równoległa do nurtu rzeki, od której co pewną odległość (około 200 m) biegły ostrogi - czyli umocnienia od tamy do brzegu rzeki (prostopadle).
W latach trzydziestych chciano usprawnić żeglugę w tym celu przekopano przez wyspę (Ostrowiw) około 10 m szerokości kanał którędy puszczono nurt rzeki. Niestety z braku umocnienia brzegów kanału czynny on był niespełna 3 lata. Woda wygrała i wróciła do swojego koryta. Podobny los spotkał tamę tak zwaną Głowińskiego, która odrzucić miała wody Dniestru od tłoki i góry zamkowej. Tama ta uległa zniszczeniu, ale dopiero w czasie drugiej wojny światowej.Także przed drugą wojną światową uległa zniszczeniu w czasie powodzi w 1928 roku tama ochraniająca drogę pod "Zatoką" po której można było furmanką
ze Słobody do dojechać do Uścia Zielonego przez Werenków. Po jej zniszczeniu można było na Werenków przejść tylko piechotą. Dniestr był rzeką bardzo rybną a rzeka stanowiła własność państwa i ono dawało prawo połowu ryb rybakom, oczywiście za opłatą.
W rejonie Mariampola od mostu kolejowego Jezupolu do granic Dołhego, prawo połowu dzierżawiła od państwa spółka rybacka. Tworzyli ją Żydzi mariampolscy a ich szefem był Ajzyk Bergsztajn. Pisze o tym w swej książce wydanej w Londynie K Baranowski. (1) Nigdy jednak nie zabraniał miejscowym połowu ryb. Wspomniałem wcześniej o bagrze pracującym na Dniestrze, do jego funkcjonowania potrzebne były galary, to są takie małe promy, na które ładowano to co bagier wyciągnął z dna rzeki, a galary odwoziły to na brzeg. Galary były budowane jak pisze w/w Baranowski w Haliczu 200 szt. rocznie a w Mariampolu 300. (2)
Galary budowano na tłoce naprzeciw Branówki, do pierwszej wojny światowej.
Znam to z opowiadań mojej babki, której ojciec pracował przy uszczelnianiu mchem dna barki - (galary). Nazywano to szpuntowaniem a jego wykonawcę "szpuntem".
Powstało stąd przezwisko całej rodziny "Szpunty", a babcia została "Szpuntychą".
W historii wcześniejszego okresu Dniestr był uznawany za rzekę o strategicznym, obronnym znaczeniu chroniącym przed najazdami Tatarów. Dlatego w Mariampolu, jego ówczesny właściciel, Wojewoda ruski, hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski wybudował w początkach stulecia zamek obronny - wcześniej zanim taki zamek wybudowano w Stanisławowie (Iwano Frankiwsku). (3. Budowa zamku miała duże znaczenie dla rozwoju Mariampola.
Zwiększyła się poważnie ilość jego mieszkańców. Zmieniły się też funkcje społeczne ludności. Powstali rzemieślnicy, kupcy i inne zawody związane z obsługą dworu i jego mieszkańców. Po związkach Mariampola z Zamkiem świadczą takie nazwy jak Wały gdzie obecnie mieszkają P. Czarkowie, a kiedyś Sumereczyńscy i Kałyn. Była też fosa, naprzeciw M. Łazarczuka przed placem gdzie pobudowano Dom Ludowy, obecnie klub.
Na Dolinie były stawy, stąd nazwa za Stawem, a pole które tam leży po likwidacji stawów "Stawyska" należały do braci Semeniuków (Drabegi). Stawy dawały ludziom zatrudnienie.
Wały miały znaczenie obronne a fosa i stawy dostarczały do Zamku ryb. Jedna z dzielnic Mariampola to Psiarnia. Wprawdzie nie ma na to dowodów, że hodowano tam psy, ale wiadomo, że do polowań używano psów. Ponieważ sfora psów czyni ogromny harmider to umiejscowiono ją na uboczu miasta i zamku, ale w dogodnej odległości, by w potrzebie ich użycia na polowaniu mogły być natychmiast doprowadzone.
Innym miejscem, mającym już tylko historyczne znaczenie jest Targowica.
Jak sama nazwa mówi miejsce gdzie odbywają się targi gdzie można było kupić wszelkiego rodzaju produkty wytworzone na wsi.
Przeprawa promowa miała na to duży wpływ, gdyż zarówno ci, którzy, przez Mariampol jechali do Stanisławowa jak i mieszkańcy z za Dniestru mogli łatwo korzystać z miejscowego targowiska, często sprzedając tu to, co chcieli sprzedać w Stanisławowie. Dotyczyło to w większości tych, którzy dysponowali małymi ilościami towaru, np. drób, nabiał, jaja itp.
W lecie stałym towarem sprzedawanym codziennie były czereśnie, przewożone przeważnie
z Tumierza. Gdy już około1929 roku zlikwidowano targowisko, to czereśnie z Tumierza można było kupować tylko na rynku.
W książce o Mariampolu ks biskup Wincenty Urban pisze, że w Mariampolu stacjonowało wojsko. Bardzo mało ludzi pamięta dziś gdzie były koszary i inne pomieszczenia służące wojsku.
Koszary nie istniały już przed samą wojną światową. Ślady jednak pozostały. Koszary stały za Stawem, graniczyły z gospodarstwem Konopackiego, którego zięciem był Bociurko.
Po śmierci Konopackiego gospodarstwo otrzymał J. Bociurko. Mieli Bociurkowie troje dzieci: Mikołaja, Paulinę i Józefa. Paulina i Józef wyjechali do Polski, w czasie wysiedlenia Polaków, Mikołaj został, bo był w wojsku w Czerwonej Armii. Powrócił do Mariampola po wojnie i tu zmarł. W koszarach stacjonowali tzw. gemajni, prości żołnierze i podoficerowie.
Oficerowie mieli budynek w mieście za fosą naprzeciw Machteja Łazarczuka, w zasadzie mieszkali tam oficerowie nieżonaci, kawalerowie. Żonaci z żonami i dziećmi wynajmowali mieszkania prywatnie. W budynku, w którym mieszkali oficerowie było kasyno, w którym obok wyszynku, była gra loteryjna. Urządzano tam też zabawy. Po pierwszej wojnie światowej w budynku tym mieszkało kilka dość biednych Żydów. Obecnie tego budynku już nie ma. Pomiędzy koszarami a drogą od Cerkwi do Dniestru, naprzeciw Wdowiaka, a po wojnie Wołoszyna (Kwasnyka), była rzeźnia gminna, w której bito bydło i trzodę chlewną. Uboju dokonywali rzeźnicy dla swoich wyrobów do sklepów, a także dla tych mieszkańców Mariampola którzy dla siebie nie umieli sami bić albo nie chcieli.
Badaniem mięsa z uboju zajmował się Franciszek Konopka - oglądacz bo tak się nazywała jego funkcja.Z rzeźni nie można było zabrać mięsa ani na sprzedaż ani na własny użytek bez pieczęci oglądacza. Kto sobie zabił coś w domu nie musiał wołać oglądacza. W rzeźni uboju dokonywali także Żydzi dla siebie, ale to musiało być mięso koszerne. Dokonywał tego pomocnik rabina, który był też nauczycielem w Chajderze. Bił on nie tylko cielęta i bydło, ale także drób. To mięso nie podlegało ocenie oglądacza. Jeżeli jednak ten żydowski rzeźnik niewłaściwie coś zrobił, albo uznał, że mięso nie odpowiada warunkom koszernego, to sprzedał go "Gojom", często też po niższej cenie. W odległości 150 - 200 m od rzeźni było "okopowisko". Był to plac dobrze ogrodzony drutem kolczastym. Na okopowisku zakopywano wiele odpadów z rzeźni, a także zwierzęta, których mięso uznano w rzeźni za nienadające się do spożycia. Tam też musiano zakopywać zwierzęta, które padły u mieszkańców Mariampola. Opłaty były nieduże, tak żeby nikomu nie opłacało się zakopywać w innym niż do tego przeznaczone okopowisko. Miało to zapobiegać powstawaniu jakiegoś zagrożenia dla ludzi.
Była też w Mariampolu łaźnia parowa, z której każdy mógł skorzystać .Łaźnia była pod Wałami (albo za Wałami). Naprzeciw łaźni pobudowali się rodzice Josyfa Czarki. Łaźnię prowadził Żyd Berko "z bołota" Łaźnia posiadała palenisko, w którym nagrzewano dość duże kamienie. Wnoszono rozgrzane kamienie do łaźni, w której były umieszczone schody dla korzystających z kąpieli. Rozgrzane kamienie polewano wodą a rozchodząca para ogrzewała korzystających z łaźni. Im wyżej ktoś siedział na schodach tym wyższą musiał wytrzymać temperaturę. Po nagrzaniu się, porządnym wypoceniu schodziło się na dół i korzystano z wody umieszczonej oddzielnie dla każdego cebrzyk. Po umyciu w cebrzyku i wylaniu wody, opuszczano łaźnię. Łaźnia była czynna niemal do drugiej wojny światowej. Zaznaczyć wypada, że w piątek korzystali z niej tylko Żydzi, w pozostałe kto tylko miał na to ochotę i pieniądze.
Po pierwszej wojnie światowej, decyzją traktatu Warszawskiego Galicja weszła w granice państwa polskiego. W latach 1918 do 1939 w Mariampolu powstało kilka obiektów użyteczności społecznej. Służą one Mariampolanom do dnia dzisiejszego.
Jako pierwsze zostały wybudowane, Cerkiew greko - katolicka oraz budynek "Proświty" służący celom kulturalnym Rusinom.
W tym samym okresie Polacy wybudowali Dom Ludowy, w którym obecnie jest Klub oraz pomieszczenia usługowe jak sklep i restauracja.
Następnie, jeszcze w czasie trwania kryzysu światowego wybudowano szkołę, budynek jak
na owe czasy nowoczesny, dobrze przygotowany do pełnienia swej roli. W szkole tej o statusie siedmioklasowej był stosowany wysoki poziom nauczania.
Świadczy o tym chociażby to, że w szkole poza językiem urzędowym polskim, były obowiązkowo wykładane język ukraiński (ruski) i od piątej klasy język niemiecki.
Języka ukraińskiego uczyła w klasach początkowych Pani Olga Motiuk, w klasach od czwartej do siódmej Pan Włodzimierz Strutyński. Języka niemieckiego uczył dyrektor szkoły Pan Antoni Barta. W szkole prowadzono też tak zwane przysposobienie rolnicze w klasach
od 5-tej do 7-mej. Uczono uczniów upraw z zastosowaniem nowych technologii oraz wprowadzając mało znane i nierozpowszechnione rośliny jak pomidory, soję, a także kukurydzę, odmiany grudziądzkiej o długich kolbach i równolegle umieszczonych dwu rzędowych szeregów ziaren. Nowością była też założona przez Pana Lewickiego pod Strzyżowicą plantacja winogron. Została ona zdewastowana w czasie drugiej wojny światowej.
Dla potrzeb budowy nowych obiektów murowanych (Dom Ludowy, szkoła itp.) na zamku ks. Bosak zbudował polową cegielnię. Cegieł tych użyto także do budowy budynku, w którym obecnie mieści się szpital. Do budowy Kościoła (już nieistniejącego) sprowadzono cegłę o wyższej jakości produkowaną w piecach tzw. korpusowych.
Jak podaje cytowany wyżej K Barański w Mariampolu istniało 4 młyny, 3 wodne i jeden motorowy. Właścicielami byli p. Grobelny - 2 młyny jeden za Stawem, zamknięty w latach trzydziestych, drugi na Woronicy za Wołczkowem. Na tej samej rzeczce w Wołczkowie miał młyn p. Grochalski. W mieście nad Dniestrem pobudował w latach trzydziestych młyn motorowy (spalinowy) p. Lewicki. Młynem tym kieruje obecnie p. Iwan Kościuk.
Na jego zaproszenie w 2002 roku odwiedziła p. Kościuka w Mariampolu wnuczka dawnego właściciela młyna.
Na zamku ks. Bosak zbudował wiatrak, który pompował wodę do pierwszego wodociągu zaopatrującego w wodę szkołę oraz plebanię.
Wiatrak z powodu nieumiejętności jego obsługi szybko uległ awarii, ale jego szkielet do dziś stoi na zamku. W Mariampolu działała też Spółdzielcza Kasa Stefczyka.
Udzielała ona na dogodnych warunkach kredytów mieszkańcom. Gromadziła też ich oszczędności. W Domu Ludowym i w Proświcie były wypożyczane książki, przyczyniały się do podnoszenia poziomu umysłowego mieszkańców. Działała też spółdzielnia mleczarska, która swe wyroby sprzedawała do Lwowa i Stanisławowa. Właścicielem olejarni był Mackłej Czernychiwskij. Ludność Mariampola była zróżnicowana pod względem religijnym jak i zawodowym. Duże też było zawodowe zróżnicowanie Mariampolan. W mieście w zasadzie mieszkali sami rzemieślnicy i kupcy. Nawet, jeżeli mieli gospodarstwa rolne, na ogół małe, to w zasadzie uprawiały je kobiety. Największą grupę rzemieślników stanowili murarze, byli też cieśle, stolarze i blacharze. Pracowali oni przeważnie poza Mariampolem.
Na przykład sławny majster Pawło Smereczyńskij był budowniczym Cerkwi między innymi w Mariampolu, Hanusowcach, Bóbrce a nawet w Łańcucie. Józef Zając budował dla wojska koszary w Stanisławowie, Haliczu, i Czortkowie. Szymon Zając budował wszystkie budowle w Mariampolu (Dom Ludowy, Szkoła, plebania i kościół na Zamku). Marcin Jarosławski budował kościółek w Zagórzu. Był też budowniczym Domu Ludowego, plebani i domu dziecka w Konkolnikach. W tychże Konkolnikach budował budynki gospodarcze w majątku Kurii Archidiecezjalnej we Lwowie.
Majstrami stolarskimi byli Bociurko na Przedmieściu, imienia nie pamiętam, ale wyróżnia się trwałym kalectwem, co nie przeszkadzało mu w jego zawodzie. Stolarzami byli też Wesołowski, Łazaruk i Srutwa "Łyłyk". Szewcami byli Szpirak, Konopka, Pasznicki i Żyd Auster. W Mariampolu były trzy kuźnie, a na Wołczkowie dwie. Handlem trudnili się w większości Żydzi, Mendel, Chomina, Gołesmon Achiron, a także Paulina Wołczuk i Machtej Łazarczuk, który oprócz sklepu prowadził dużą restaurację i miał własną masarnię. Restauracje prowadzili też Konopka oraz Żydzi Faslerka i Pesia.
W latach trzydziestych wybudował Motio Auster piekarnię, z której zaopatrywał w chleb wszystkie sklepy w Mariampolu. Wiele tych zakładów już nie ma.
Cytowany wyżej kilka razy K Barański podaje w swej książce nazwiska osób zasłużonych dla województwa stanisławowskiego. Wśród takich nazwisk jak dowódca polskiej brygady spadochronowej w Anglii generał Sosabowski i I premier Polski Daszyński oraz Kostt Lewickij, Dmytro Palij działacze ukraińscy z lat dwudziestych wymieniony jest też ks. Marcin Bosak, za jego społeczną działalność w Mariampolu. Wojna i czasy, które po niej nastały nie były dla Mariampola łaskawe. Oby nowe czasy, jakie ostatnio przeżywamy poprawiły sytuację Mariampola i jego obecnych i przyszłych mieszkańców.

Przypisy

  1. Kamil Barański
    Przeminęli Zagończycy, Chliborobi, Chasydzi
    wyd. Panda Press London 1998 r. str. 124
  2. Kamil Barański str.123, 134,163,164, 168, 169,174,175
  3. Bp. Wincenty Urban
    Obraz Matki Boskiej Mariampolskiej we Wrocławiu str. 78
  4. Patryk Jaśkiewicz -W Papieskich Koronach J. Grochalski

Powróćmy do Wołczkowa, który rozciąga się na północ od Mariampola, po obu stronach Potoku, ale w zdecydowanej w większości po jego prawej stronie. Wołczków zamieszkały był w większości przez Polaków, dlatego został spalony z 29 na 30 marca 1944r. (mieszkało też kilka rodzin żydowskich do II wojny światowej). W kierunku północnym od Wołczkowa po lewej stronie, była stara osada Boży Widok, dająca prawdopodobnie początek wsi Wołczków.
Boży Widok z drewnianą zabudową został spalony i już nigdy nie odbudował się. Wieś Wołczków jest znacznie starsza od Mariampola, o czym świadczą zapisy historyczne, a dowodem na to jest fakt, że 28 sierpnia 2003 r. obecni mieszkańcy Mariampola obchodzili 625 -lecie istnienia Mariampola (Wołczkowa). Na tą uroczystość zaproszeni byli również mariampolanie obecnie zamieszkujący w Polsce i nie tylko. Wieś spokojna typowo rolnicza, zabudowania pobudowane były wzdłuż uliczek prostopadłych do Potoku i drogi zwanej Zadworzyska. Z Wołczkowa pochodziła moja rodzina ze strony mamy. Mama z domu Grochalska ( z przezwiska Pencyłyk) Ze względu na powtarzające się nazwiska( a nawet nazwiska i imiona) używane były przezwiska, którymi posługiwano się kiedyś, jak i obecni mieszkańcy używają tych przezwisk na co dzień. Przykładem takim niech będzie wiersz napisany gwarą używaną w Wołczkowie z użyciem przezwisk


NA WOŁCZKOWI
1.Przyszyd Wykszta du Gandziary,
Kuczyrywa du Stasichi,
Szcześć du Krzycha,
A Garbata du Mandżyburychi.
2.Hopciu z świętym i Migaczem,
Poszli du Zakordońskiego,
a Niaicha z Porozniczku
Du Czymyryńskiegu.
3.Tam Aniołyk i Diabełku
złapali Szwylusa
no i wszystki poszli
aż du Mateusza.
4.Korpan z Mocnym du Czornego     
Michałku du Jutki
a Patelnia z Błażejichu
Bartkim i Taradajczychu
Poszli popić wódki.
5.Chrumczak, Capij i Kanaryk
wzieli Magdałynki
poszli sobi du Kijowca
na kawałyk szynki.
6.Chrobak, Pucak razem z Sytym
poszli aż du Bajki
bo tam siedzi Dymian z Kucym
kurzu sobi fajki. 
 
7.A tam leci Rakoczycha
za nią biegiem Kutla
Padok z Dranim, Citku z Szymkim
zaraz bedzi kłótnia.
8.Jakowycha i Moszczycha
pytaju si Świrka
czegu stary Kataryna
spar si du udźwirka. 
 
9.A na horbi siad sy Lirak
I tak sobi duma
co tu zrobić żyby do mni
przyszyd zaraz China.
10.Maścić steli chciała Mocna
a nie było szczotki
nu tu poszła du Pysichi
bedu gadać plotki. 
 
11.Przy Potoku z pranikami
baby coś źmikaju
założyli sy prypynki
śmieju si, gadaju.
12.Jedna drugiej coś szypoczy
i coś pokazuji
a ulicu jedzi Kocur
i sy puświstuji. 
 
13.A tam stoju jakiś baby
Matku Boska chto to taki?
jedna meszty ma na nogach,
a druga chodaki.
14.Ta spódnicy w trzy graty,
a ta bluzki jak z Wołczkowa,
Matku Boska, toż to Byza
i Marynka Dediuchowa.
15.Stoi sobi grupa chłopców
pod brogim w Czornegu
złapali sy Mychajłyka
i żartuju z niegu.
16.Dzisiaj tłoka u Jutczychi
bedu skubać pióra
bedu chłopcy zaglądali
lepij robi chtóra. 
 
17.Bedu śmichy, bedu śpiewy
i bedzi muzyka
bedzi z chłopców żartowała
najmłodsza Jutczycha (Hanka).
18.Siadła łupać paraboli
stara Matyuszycha
i poczuła- coś ją boli
chyba bedzi wmirać. 
 
19.Ścieli sy bambetyl Flora
i tak straszni stęka
nimoży sy pościelić wyrety
bo go boli ręka.
20.Idu baby w Zaspy doić
choć to tak daleku
ali każdyj du wieczerzy
przydaji si mliku. 
 
21.Zaprzyj dźwirzy- gada baba
du swojego dziecka
wziena siarnik, podpaliła
sparzyła mu mliczka.
22.Oj maluju już dziwczęta
na jajkach malunki
pujdu święcić du kościoła
te swoje hałunki. 
 
23.Na Wielkanoc bedzi radość
choćci chłopcy, dziewki
będziemy si razym bawić
w wesołe haiwki.
24.Naj haiwka spiwa, biegni,
naj bedzi wesołu
naj si wszystka młodzież cieszy
robi wielki kołu. 
 
25.Poszli dziewki na muzyki
w kącie postawali
a muzyka rżnie wesołu
tożby tańcowali.
26.Ali z kim bedu tańcować
kiedy ni ma chłopca
kawalery wzieni wódki
poszli du Kijowca. 
 
27.Dzie podziała si kołtunka
pyta swach niwistki
wożdywo, na stoli stoi
jeszczy zy dwie miski.
28.Miała chłopcu dać kołtunki
ali zapomniała
wziena miski i chochelki
limiszki mu dała. 
 
29.Wże wiczerza je na stoli
wże siada rodzina
i wże tatku zaczynaju
w Imię Ojca i Syna...
30.Każdy bierzy swoji łyżki
z lipy wystrugany
oj bedzi dzisiaj smakowała
kulesza z śmitanu. 
 
31.Chociaż jedzu z jednej miski
choć bahatu nima
nichtu z nikim si ni swarzy
bo to je rodzina.
32.Wyprawiła mamcia Donci
pu cukier du Moszka
tylku nie zjidz gu pu drodzy
du domu przyniś troszka. 
 
33.W Łazarczuka wiszu kiszki
zjadłu by si troszka
patrzu oczy,mylka język
ali ni ma grosza.
34.Idu chłopcy na jarmaryk
i prowadzu byczka
przyszli Żydy, zaglądają
myślu, ży ciliczka. 
 
35.Wże kupuji Jakim z Moszkim
i wże chłopu płacu
jedyn złoty dziesięć groszy
więcyj ni dudadzu.
36."Pochwalony Jezus Chrystus
na wiek wieków amen..."
tak się witał Wołczkowianin
ze swoim krajanem. 
 
37.Nie "dzień dobry" tak jak Żydy
ani "cześć" jak dzisiaj
"Pochwalony Jezus Chrystus"
taki to był zwyczaj.
38.Chrzesna Matku, chrzesny Ojczy
dzie Wy tak idzieci
czy na swoim Sinorzęciu
siać prosu bydzieci. 
 
39.Do kościoła szli dziewczęta
a także chłopaki
myju nogi sy w Potoku
założu chodaki.
40.A ksiądz Bosak wszystkich liczy   
czy w spowiedzi byli
ili zbierzy jaj za kartki
w Wielkanocnej chwili. 
 
41.Jedzi bryczku proboszcz Bosak
woźnica powozi
a ściszkami idu wierni
bez chodaków- bosi.
42."Pochwalony" gada każdy
głowę chyli nisko
bo ksiądz Bosak wielki poseł
i wielkie panisko. 
 
43.Żył ksiądz Bosak między swymi
ludzie dobrzy byli
aż w czterdziestym pierwszym roku     
z UPA go zabili.
44.Wywołali go wśród nocy
wywołali skrycie
choć się prosił, choć ich błagał
zabrali mu życie. 
 
45.Poszedł wielki strach na ludzi
była wielka trwoga
idą ludzi do kościoła
modlą się do Boga.
46.Boże Wielki Miłosierny
Panie Boże w niebie
słuchaj o co Cię błagamy
ratuj nas w potrzebie. 
 
47.Lecz pocierpiał naród jeszcze
wielkie poniósł straty
aż w czterdziestym piątym roku
opuścił swe chaty.
48.I rozproszył się po świecie
każdy w strony różne
ale złączyć się znów kiedyś
próby będą próżne. 
 
49.Już nie będzie tak jak było
bo już pół wiek minął
i na naszych ziemiach
wieje Ukrainą.
50.Już minęło lat pięćdziesiąt
minie więcej jeszcze
no i o tym co tam było
dziś piszemy wiersze. 
 
 
  Czesława Kluszczyńska 
 

Na przestrzeni około 7 km od Wronicy (łąka za lasem) aż do końca Werenkowa (pastwisko), patrząc z zachodu na wschód ciągnie się wysoki brzeg skalisty aż do małej rzeczki zwanej Kopanką. Brzeg ten poprzecinany jest licznymi rowami, które powstały na skutek ulewnych deszczów. Na zachód od rzeczki Kopanki na prawo ponad wysokim brzegiem rozciągają się rozległe żyzne pola pod nazwami:Strzyżowica, Gonki, Branowskie, Posznurek, Zgniłe, Stoboczyna, Łanki, Sosnowa, Kasprowa Pasieka, Mogiła, Świdowa, Podświdowa, Tumirska Droga, Wysoka Góra, Kopań, Okowaty, Kobylanki, dalej las zwany Brzeziną, obfitujący w poziomki i grzyby oraz las Dębniaki, w którym rosło dużo czereśni.
Kierując wzrok na lewo w kierunku zachodnim rzuca się w oczy wielka równina, a w niej płynąca rzeka Dniestr, której brzegi porośnięte są pachnącą łoziną.
Przechodząc przez pastwiska Werenków, Kąt, Zaspę i Ryń natrafimy przed sobą na odgałęziające się w kierunku południowym, w kształcie półwyspu wysokie wzniesienie, na którym zbudowano miasta Mariampol. W mieście tym były: kościół parafialny Św. Trójcy, kościół Św. Antoniego (klasztorny), klasztor Sióstr Miłosierdzia (Szarytki), cerkiew, gr-kat. Bożnica żydowska, Powszechna Siedmioklasowa Szkoła, Dom Ludowy z Kółkiem Rolniczym, mleczarnią i na piętrze z pomieszczeniem KSM i salą teatralną, świetlica ruska (Просвіта), poczta, cegielnia, młyn i wiele sklepów. Na wzgórzu zamkowym budowano trzeci kościół, który miał służyć jako sanktuarium dla słynącego cudami obrazu Matki Bożej Rycerskiej. Od Rynia w kierunku północnym rozciągała się wieś Wołczków.
Przez Wołczków płynie rzeczka zwana Potokiem, który w niektórych miejscach był na tyle głęboki, że dzieci mogły się w nim kąpać i pływać. Nad brzegami Potoku rosły wierzby i akacje, na równiejszych płaszczyznach latem kobiety wybielały swojego wyrobu płótna lniane i konopne. W Wołczkowie były czynne trzy pompowe studnie publiczne i kilka prywatnych na podwórkach gospodarzy.
Za drogą Zadworzyska rozciągają się równinne żyzne pola o nazwach: Zadworzyska, Lipy, Koło Jana, Zawołczków, Dąbrówki, Łaniecka Droga, Poddąbrowa. Dalej aż ku wsi Wodniki ciągnął się poprzecinamy licznymi rowami bujny las pełen tajemniczych szczątków murów i fundamentów. Według żywej tradycji miała tu istnieć rozległa osada Boży Widok.
Ludność Wołczkowa to ludność wybitnie rolnicza, nadzwyczaj pracowita, religijna, polska. Zaledwie kilka rodzin było rusińskich i kilka mieszanych (Polak z Rusinką lub odwrotnie). Żyło też kilka rodzin żydowskich. Mieszkańcy Wołczkowa trzymali się bardzo zwyczajów związanych z ważnymi świętami. Należały do nich grudniowe roraty, których wczesnym rankiem gromadzono się bardzo licznie. Święto Narodzenia Pańskiego to ważna uroczystość religijna i rodzinna. Do wigilijnej potrawy należała pszenica (kutia), która była spożywana jako pierwsza.. Spanie odbywało się na słomie, którą palono przed domem wczesnym rankiem w dniu św. Szczepana. Na stole pod obrusem było siano, a na obrus kładziono kołacz, który rozdzielano domownikom w Nowy Rok. Do pięknego zwyczaju należało chodzenie po kolędzie. Odbywało się to w okresie Bożego Narodzenia. Od domu do domu chodziły grupy stanowe: ojcowie, matki, panny i kawalerowie. Po wejściu do sieni domu śpiewano kolędy, jedna osoba składała życzenia, a właściciel domu dawał ofiarę, którą po zakończeniu obchodu oddawano ks. proboszczowi na potrzeby kościoła.
W okresie karnawału urządzano po domach potańcówki tzw. muzyki, a w okresie Wielkiego Postu tłumnie uczestniczono w dziesięciodniowym nabożeństwie do św. Józefa. W okresie Wielkiego Postu zachowywano bardzo wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych; kraszono w tym okresie olejem lnianym lub konopnym wyrabianym w olejarni w Mariampolu.
Każda niedziela i uroczystość kościelna były regularnie i odświętnie obchodzone, Parafianie wymieniali się. Część rodziny szła na mszę św. o godz. 8 do kościoła klasztornego, ale większość przychodziła o godz. 11 na sumę- msza święta śpiewana z kazaniem , a czasem procesją. Wielu uczestniczyło też w nieszporach - nabożeństwie popołudniowym, śpiewając psalmy i przyjmując błogosławieństwo Najświętszego Sakramentu. Święta Wielkanocne też były związane z różnymi zwyczajami, do nich należała zabawa "Hajówka". Przez wieś prowadziły się gęsiego za ręce dziewczęta i śpiewały dokuczliwe piosenki pod adresem chłopców. O religijności mieszkańców Wołczkowa świadczyło wiele zatkniętych krzyży przydrożnych i kaplic- symboli wiary Stały one w ogrodach, przy drodze w polach, nawet na podwórzu szkolnym, ale tylko do 1939 r., kiedy krzyż z podwórka szkolnego został usunięty przez Sowietów. Wkopano go niedaleko szkoły w prywatnym ogrodzie.
Przy styku, gdzie droga z Wołczkowa odgałęziała się do Tumierza, stała kaplica, w której znajdował się ołtarz z wizerunkiem Św. Trójcy. Przy kaplicy tej licznie gromadzili się mieszkańcy Wołczkowa na nabożeństwach majowych i różańcowych. W Wołczkowie była też szkoła czteroklasowa, dwa sklepy, dwa młyny wodne na Potoku- jeden Grochalskiego (Liraka), a drugi Grobelnego na Wronicy. Jak ówczesne czasy mieszkańcy Wołczkowa żyli wesoło i spokojnie; byli to ludzie sobie życzliwi i chętni do pomocy jedni drugim. Świadczyły o tym tzw. tłoki (tłoka to nazwa jakiejkolwiek pracy wykonywanej przez kilka osób lub rodzin na rzecz jednej rodziny nieodpłatnie). Do takiej pracy chętnie spieszyli młodzi.. Towarzyszyły jej zawsze śmiechy, śpiewy zakończone tańcami. Akompaniament stanowiły organki ustne zwane drymbą, a wesoło już było, gdy grała "orkiestra" Korpanów. To wesołe życie mieszkańców Wołczkowa i Mariampola spokojne i dostatnie jak na owe czasy, trwało do września 1939 r. Wraz z tym dniem do wielu domów zajrzało zmartwienie, strach i łzy.



Wrzesień 1939 r. był taki sam dla mieszkańców Mariampola jak i Wołczkowa; rozpoczęła się kolektywizacja, aresztowania pojedynczych osób, potem wywożenie na Sybir całych zamożniejszych rodzin. Zabroniono uczenia religii w szkole, zdjęto krzyże w salach lekcyjnych. Sowieci obowiązkowo wysyłali mężczyzn z zaprzęgami konnymi na ścinkę drzew w Karpaty na odległość nawet do 150 km. Takie świadczenie na rzecz Sowietów dosięgło również mojego ojca. Część koni ginęła na stromych zboczach gór, konie nie były przyzwyczajone do takiej zrywki drewna. Nastał taki wielki "dobrobyt", że w niektórych miejscowościach śpiewano takie wierszyki na cześć bat'ka Stalina:

Bat'ko Stalin dajte myła,           Ojcze Stalinie dajcie mydła,
bo wrze wuszy majut kryła;   bo już wszy mają skrzydła;
jak si wuszy rozjid'ut,   jak się wszy rozjedzą,
bat'ka Stalina zajid'ut!   ojca Stalina zjedzą!
Bat'ko Stalin daj ubrania   Ojcze Stalin daj ubrania,
wuszy robjut wże powstania!   bo już robią wszy powstania!

W okolicy szczególnie na Podolu śpiewano też takie pieśni:

Polski piśni zabuwajmy,           Polskie pieśni zapominajmy,
Ukrainśki zaśpiwajmy.   Ukraińskie zaśpiewajmy.
 
Szcze ne wmerła Ukrajina,   Jeszcze nie umarła Ukraina,
ni sława ni wolja,   ni sława ni wolność,
szcze nam bratja uśmichnetsia,   jeszcze nam bracia uśmiechnie się,
kozaczaja dola.   kozacka dola.
 
Boże znimaj z nas okowy,   Boże zdejmij z nas okowy,
ne daj zhynut w jarmi,   nie daj zginąć w jarzmie,
wolju daj Ukrajini,   wolność daj Ukrainie,
sczastie i sławu daj jij.   szczęście i sławę daj jej.
 
Ne płaczte, ne żurytsia,   Nie płaczcie, nie smućcie się,
wy chłopci junaki,   wy chłopcy junacy,
bo wże tiurmu zrobyły   bo już więzienie zrobili
dla sebe Polaki.   dla siebie Polacy.
 
Prożynom za Wysłu   Przepędzimy za Wisłę
Polakiw proklakiw   Polaków przeklętych
i stanem na Wysli,   i staniemy na Wiśle,
szczob Lach ne moh pryjty.   żeby Lach nie mógł przejść.

A także

Propała Polszcza,           Przepadła Polska
propała na wiki,   przepadła na wieki,
nicht wam ne pomoży,   nikt wam nie pomoże,
ni Francuzy ni Angliki.   ni Francuzy ni Anglicy.

Krążył także wówczas inny tekst - mówiący o głupocie nacjonalistów ukraińskich.

Powernysia Polszczo          Powróć Polsko
i rozwiąż kajdany,   rozerwij kajdany,
jak si ne powernysz,   bo jak nie powrócisz,
my wsi propadamy.   wszyscy przepadniemy.


Następnym etapem przymusowej pracy była budowa lotniska w Stanisławowie do 22 czerwca 1941 r. na rzecz Sowietów. Mariampolanie wykonywali przeważnie roboty transportowe własnymi zaprzęgami konnymi (mój ojciec również).
Po wypowiedzeniu wojny niemiecko- sowieckiej 22 czerwca 1941 r. Mariampol przeszedł we władanie Niemców. Wtedy zaczęła się dalsza niepewność jutra. Do władzy dopuszczono Rusinów, zaczęły się następne aresztowania i wywózki na przymusowe roboty do Niemiec i aresztowania przez gestapo.
Najboleśniejszym ciosem dla wszystkich parafian była męczeńska śmierć ks. Marcina, nieludzko zadana przez nacjonalistów ukraińskich w nocy z 23 na 24 sierpnia 1941 r.
Wieczorem około godziny 10 miejscowi nacjonaliści ukraińscy weszli na probostwo i pod pozorem spraw areału ziemi proboszczowskiej wywołali księdza z domu, rzekomo do gminy Zamiast do gminy prowadzili go najpierw drogą do Wołczkowa, a potem drogą przez pola w kierunku Wodnik. Minęli kaplicę św. Jana, a następnie ścieżką prowadzącą prostopadle do głównej drogi nad urwisko w kierunku Dniestru i tam dokonali zbrodni; otrzymał cios w głowę, a następnie przestrzelili policzek poniżej oka i klatkę piersiową. Po dokonaniu zbrodni zdarli z niego sutannę i obuwie, pozostawili go tylko w bieliźnie. Chcąc zatrzeć ślady zbrodni zawlekli ciało nad urwisko, aby je zrzucić w dół, ale nie wiadomo, dlaczego nie doszło do tego. Ciało zawieszone zostało nad urwiskiem na gałęziach wśród krzewów zarastających urwisko. Na ścieżce została zgubiona koloratka, która parafianom poszukującym swego ukochanego proboszcza, posłużyła jako ślad do odnalezienia ciała. Następnego dnia rano, gdy pytano w gminie- zaprzeczono jako by go wzywano o takiej porze. Wszyscy rzucili się na poszukiwanie po wyjściu z kościoła. Po kilkugodzinnym poszukiwaniu, gdy zdawało się, że wszelka nadzieja na odnalezienie go jest daremna, a mężczyźni z Wołczkowa (Grochalski, Skik) zeszli na ścieżkę za kaplicą św. Jana i znaleźli koloratkę zgubioną czy też porzuconą i śladami doszli do miejsca, gdzie zaczepione o gałęzie ciało wisiało nad przepaścią. Zdjęto je - kobiety z pobliskich domów przyniosły prześcieradła, na których złożono ciało zakatowanego, tego, który nikomu nigdy nie uczynił krzywdy. Niesiono je w pełnym bólu milczeniu, ze łzami, które popłynęły ze wszystkich oczu, nawet męskich, nieskorych do wylewania ich w każdej okoliczności. Ten pierwszy samorzutnie i spontanicznie uformowany orszak pogrzebowy, gdy doszedł do Domu Ludowego, uniósł w górę ciało zamordowanego przed pomnikiem Najsłodszego Serca Pana Jezusa- poprzednio już okaleczonego przez zbira ukraińskiego, który również dopuścił się świętokradztwa w cerkwi, rozbijając tabernakulum, rozsypując na ziemi Najśw. Sakrament. Do tego okaleczonego Pana Jezusa wołali uczestnicy orszaku: " patrz Chryste, co oni zrobili z naszym pasterzem". Dzień i noc trwały modły przy jego zwłokach, pogrzeb odbył się z udziałem wszystkich parafian Mariampola, Wołczkowa i okolicznych wiosek. Pożegnanie nad trumną było pełne powagi, cichą manifestacją ludzi skrzywdzonych, ugodzonych boleśnie, bezbronnych niemogących nigdzie szukać sprawiedliwości i ukarania sprawców tej ohydnej zbrodni.

Wywołali Go wśród nocy,
Wywołali skrycie,
Choć się prosił, choć ich błagał
Zabrali Mu życie

(Panie Boże przebacz im, bo nie wiedzą co uczynili).

Wywołała ona głęboki wstrząs, smutek, ból i szczere łzy. Ks. kanonik Marcin Bosak pochowany został 26 sierpnia 1941 r. na cmentarzu w Mariampolu
Dlatego tym bardziej smutnym jest fakt nazywający ks. M. Bosaka watażką w książce
pod tytułemМаріямпіль -місто Маріїna str. 51 wydanej wІвано-Франківську- Stanisławowie w 2003 r.
Strona ukraińska potwierdza fakt zamordowania ks. M. Bosaka w wyżej wspomnianej książce na str. 74 .."з 23 на 24 серпня 1941 р. був убітий членамі ОУН".


W ramach kontyngentów zabierano zboże, trzodę chlewną, jaja, mleko; z rana wpadały kontrole do poszczególnych gospodarzy podczas dojenia krów, ustalano w ten sposób ilość mleka do obowiązkowej dostawy. W sierpniu 1941 r. po długotrwałych opadach wystąpiły wody Dniestru z brzegów, zatapiając okoliczne pola uprawne i łąki. Takiej powodzi nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy Mariampola, między innymi mój dziadek Franciszek ur. w 1870 r. Niemcy nakładali obowiązkowe dostawy, woda zniszczyła zbiory w efekcie czego powstał wielki głód. Ludzie z Mariampola i okolic wędrowali za chlebem na Podole do woj. tarnopolskiego i szczęśliwi byli ci, którzy szli polnymi drogami i nocą. Jeżeli kogoś złapali Niemcy lub policja ukraińska, zboże i ziemniaki odbierano i bito. Zdarzały się przypadki, że z głodu wybierano z pola sadzeniaki aby przeżyć. Były przypadki, że do Mariampola przychodzili ludzie z Karpat "Huculi" żebrząc lub prowadzili handel wymienny, aby przetrwać okres głodu. Czyniły to również dzieci- często można było spotkać dzieci i starszych spuchniętych z głodu. W 1943 r. front niemiecki załamał się na wschodzie. Starsi ludzie, ku pokrzepieniu serc- mówili, iż sprawdza się przepowiednia, że czarny orzeł ze złamanym skrzydłem powróci. Zaczęły nadciągać coraz czarniejsze chmury na ludność polską na całych kresach wschodnich. Nacjonaliści ukraińscy podjudzani przez Niemców przybrali groźną postawę. Organizowali się i zbroili odgrażając się: skończyliśmy z Żydami zaczniemy z Polakami. Najbardziej krwawe wieści dochodziły z Wołynia, gdzie już latem 1943 r. rozpoczęto rzeź Polaków. Okres zimy 1943 na 1944r. był okrutny, ludność Mariampola jak pozostałych miejscowości, żyła w ciągłym strachu. Wg relacji moich rodziców (tato ur. w 1914 r. mama w 1915 r.) tej zimy ani jednej nocy nie spędzili w domu. Korzystali z "noclegów" u przychylnych Polakom Rusinów w stodołach z dziećmi przy 30 stopniowym mrozie po kilka nocy w jednym miejscu. Rusini też narażali się, aby nie wzbudzać podejrzeń musieli często zmieniać miejsca noclegu. Napływające wiadomości z Wołynia zmusiły Polaków do wystawiania nocnych wart tzw. czujek. Wieści te były trudne do zrozumienia; często Polacy mówili między sobą; "my nikomu niczego złego nie zrobili, za co mają nas mordować". Po spaleniu Delejowa i Chorostkowa, widmo mordów było coraz bliższe. Zaczęto czynić przygotowania do budowy schronów, ziemianek w ogrodach, stodołach jak również w gnojownikach. Nadeszła ta okrutna noc z 29 na 30 marca 1944 r. poprószył śnieg co sprzyjało banderowcom.

Oto kilka relacji naocznych świadków tego wydarzenia:

*Kiedy padły pierwsze strzały na Wołczków- wystawione na noc posterunki samoobrony wszczęły alarm wśród śpiących. Posterunek taki nie był uzbrojony w broń palną. Jego służba polegała jedynie na czuwaniu i obserwacji terenu. W tym przypadku śpiącego ojca "poderwał" Władysław Tomczak. Obudzony ojciec pobiegł do stajni, uwolnił z uwięzi bydło, uchylił drzwi stajni, otworzył chlewik, potem z babcią i córką Hanią- skryli się pod dębami (złożonymi na podwórku z przeznaczeniem na budowę domu). Łuny pożarów poprawiały widoczność. W kryjówce pod dębami robiło się jasno. Hania zwróciła się do ojca: "tu nas znajdą- idę w bezpieczniejsze miejsce". Pożegnawszy się z ojcem wraz z babcią wyszły z dotychczasowego ukrycia. Udały się za wiklinowy płot na ogród, gdzie w kupkach złożona była kukurydzianka. W niej obie ukryły się, zaledwie 15 kroków od ukrytego pod dębami ojca. Dzielił ich jedynie wiklinowy płot.
Banderowcy systematycznie poszerzali zbrodniczą akcję. Podpalali dom za domem. I tak po zapaleniu domu Karola Gwizdaka (Kanarka), przeszli przez płot na ogród do złożonej kukurydzianki. Dochodząc jeden z nich zapytał: "majesz naftu?". Leżącemu za płotem pod dębami ojcu doszedł wyraźny donośny głos "wstawaj", a potem- "idy, idy". Dalej słyszy drżący głos kobiecy "joj wy mene zabijete". Idy! Krzyknął oprawca i oddał strzał. Więcej strzałów ojciec nie słyszał, lecz wiedział, że spod dębów wyszły dwie osoby. Banderowcy przez płot weszli na drogę idąc obok ukrytego ojca. Mówili do siebie: "O! ona se prosyła". Podeszli pod nasz dom, ze strzechy jeden wyjął garść słomy, polał naftą i podpalił. W grupie tych morderców brała udział również kobieta.
Rano w wielkim strachu i przerażeniu ostrożnie wyszedł ojciec ze swej kryjówki. Kroki skierował w stronę złożonych snopków kukurydzianki. Tam zobaczył zgliszcza dopalającej się słomy, a pod nią opalone zwłoki córki Hani i babci Julii, których zdrowe ciało było jedynie od ziemi. Babci w dłoni (zaciśniętej) pozostał kawałek niespalonej laski, którą się podpierała. W brzuchu zauważył ojciec- wbity i pozostawiony nóż, którym oprawca dokonał swego dzieła. Dlatego brak było drugiego strzału. Siostra Hania została zastrzelona z bliskiej odległości. Dowodem był odpalony prochem strzelniczym warkocz, który leżał na boku, nie mając styczności z płonącymi zwłokami. Ów warkocz przywieźliśmy ze sobą na Zachód. Babcia z rozprutym brzuchem płonąc konała. Obie polane były naftą. W zbiorowej skrzynce, nie podobnej do trumny, złożono je razem, a z nimi nóż- narzędzie zbrodni. Pochowane zostały we wspólnej mogile z innymi pomordowanymi tej nocy.
Od pamiętnej nocy, każdą następną spędzaliśmy w domu szwagra Michała na Psiarni, który mimo woli stał się naszym drugim domem, nas pogorzelców z Wołczkowa. W głębokiej tajemnicy w wykopanej przez ojca kryjówce spędzaliśmy potem z całą rodziną dalsze niepewne noce. Wiele razy nocowaliśmy gdzie kto mógł, również w szczerym polu. Rankiem wracaliśmy z powrotem do domu na Psiarni. Jakby z ciekawości czy żalu zza płotów zaglądały kołyszące się głowy ciekawych ukraińskich sąsiadów, obserwujących nas, powracających z "noclegów", trzęsących się z zimna i strachu. Pamiętam, a było to już w dzień zaraz po tragedii Wołczkowa, przebywającym w domu na Psiarni dano znać, że znów banderowcy idą, tym razem przebrani w sowieckie mundury wojskowe. Nastała panika. Nastraszeni i przerażeni, nie wiedzieliśmy co począć, dokąd i gdzie się schować. Strach ten nie był długi. Okazało się, że to zwiad sowiecki To oni, ci żołnierze "stanęli" na drodze banderowców przed następnym uderzeniem, tym razem na Polaków w Mariampolu.

Tadeusz Szczygielski s. Szczepana.      


*Ojciec, kiedy usłyszał strzały obudził nas. Szybko i w wielkim przerażeniu każdy chwycił jakieś nakrycie, wybiegliśmy na podwórze: babcia Julia (73 lata), siostra Hania (19 lat) i ja (12 lat). Ukryłyśmy się pod drzewem. Nie czułyśmy się bezpiecznie w tym miejscu. Tato wypuszczał bydło ze stajni, a nam radził uciekać na pola - Zadworzyska. Biegłyśmy w tym kierunku, jednak babcia i Hania wróciły się. Ja biegłam samotnie aż na Psiarnię do domu, dokąd matka wyjechała wieczorem. Tato zobaczywszy wracających babcię i Hanię, zalecał ukryć się pod drzewem, ale one wybrały kupki kukurydzianki złożonej w ogrodzie i tam się ukryły.
Tam znaleźli ich banderowcy. Babcię zamordowali nożem, pozostawiając nóż w jej brzuchu. Siostrę Hanię, która prosiła ich, żeby jej nie zabijali - zastrzelili. Następnie ciała nakryli słomą kukurydzy, oblali benzyną i podpalili.
Ojciec przetrwał niebezpieczeństwo pod drzewem. Ja dostałam się do domu zamężnej siostry Marysi, ale nikogo tam nie zastałam. W nocy, gdy ukazała się łuna od palącego się Wołczkowa, wszyscy mieszkańcy Psiarni uciekli na pola Wistrowa (Wistrów - nazwa pola). Znalazłam matkę z rodzeństwem pod wystającym brzegiem starego łożyska Dniestru. Byli tam też inni ludzie z dziećmi. Zmarznięty, głodny 7-miesięczny brat Czesław, tuląc się do mamy, płakał.
Jeszcze przed południem zmęczone, niewyspane wróciłyśmy do pogorzeliska naszego
gospodarstwa.

Wraca matka do Wołczkowa
Szukać babcię, Hanię-ojca woła,
Patrzy- wszystko spustoszone,
Domy wokół są spalone.

Z wielkim żalem, bólem serca
Matka nóż wyciąga z wnętrza,
Hani warkocz odpalony,
Leżał z boku z drugiej strony.

Jadwiga Gwizdak z d. Szczygielska c. Szczepana.      


*Przed strasznymi i krwawymi wydarzeniami tej nocy mężczyźni robili zawsze wartę- czuwanie, może od końca stycznia 1944 r. odkąd zaczęły krążyć pogłoski o napadach i morderstwach w okolicy. Kilku sąsiadów umawiało się. Jedni siedzieli po domach, inni na ulicy pełnili wartę w swoim rejonie. W tym czuwaniu stróżujący się zmieniali. Poza kijami lub laską uzbrojenia nie była.
Tragicznej nocy napad zaczął się po północy, między pierwszą a drugą godziną. Staliśmy na straży. Strzały najpierw było słychać od strony Tumierza i Łanów oraz naszego cmentarza. Ponieważ strzelanina nie milkła, moi sąsiedzi opuścili domy i udali się do sadu Jana Gadzińskiego, gdzie był schron. Ja z jednym z sąsiadów (Stanisławem Czerniakiem) poszliśmy do stajni odpiąć bydło z łańcuchów, potem podążaliśmy za innymi do schronu. Ale nie było już w nim miejsca, wobec tego uciekliśmy pod skały - w tym miejscu, jak się szło na Ryń (nazwa pastwiska nad Dniestrem). Ze schronu nikt za nami nie wyszedł. Tymczasem Wołczków zaczął się palić od strony Tumierza w górnej swej części. Częste strzelanie nie ustawało.
Od skał z sąsiadem przeszliśmy na Ryń i z wielkim smutkiem przyglądaliśmy się tej pożodze. Krążąc po polach doszliśmy do Doliny (jedno z przedmieść m. Mariampola).
Gdy zaczęło świtać i pożary domów przygasły, zdecydowaliśmy się pójść do wioski. Pierwsze kroki skierowaliśmy do schronu, przed którym leżał zabity mój ojciec bez butów - w schronie była cisza. Stąd udaliśmy się w stronę naszych domów. Słomiane dachy dogorywały. Do naszego domu przybiegł mój kuzyn Józef syn Michała. Wodą przyniesioną wiadrami z potoku ugasiliśmy dopalające się belki dachu. Wkrótce potem powstał ruch, że banderowcy znów nadchodzą. Pobiegliśmy szybko do Mariampola. Alarm okazał się nieprawdziwy. Wróciliśmy pod spalony dom. Nie mając kluczy do drzwi, wybiłem szybę w oknie, aby dostać się do wnętrza domu.
Po południu rozeszła się pogłoska, że na następną noc przyjdzie kolej na Mariampol. Wszyscy zaczęli uciekać -przeważnie na wyspę na Dniestrze pod zamkiem. Ja z kolegą dostaliśmy się łodzią na wyspę, ale potem kilku nas przepłynęło Dniestr na brzeg od strony Pobereża. Jednostka wojska węgierskiego stojąca tam dawała pewne bezpieczeństwo. Na następny dzień wkroczyła do Mariampola czołówka armii sowieckiej. Pozostaliśmy jeszcze, nocując na Pobereżu u Franciszka Krzyżanowskiego, Polaka , który ożeniony był z Teofilą Sęgą z Wołczkowa. Zginął on potem od miejscowych banderowców. Gdy Węgrzy wycofali się w kierunku Stanisławowa, z pomocą wyżej wymienionego Franciszka przepłynęliśmy Dniestr do Mariampola.
Po przybyciu do domu, przekonałem się , że zginął nie tylko mój ojciec Wawrzyniec, ale również siostra Paulina i jej córka Julia. Zwłoki ich zabrał ze schronu szwagier Józef Śrutwa i porobił dla nich trumny. W sobotę (przed Niedzielą Palmową) zawieźliśmy ciała pomordowanych z przyszłym moim teściem (Marcinem Tarnowskim) na cmentarz. W czasie ich pogrzebu rozległa się strzelanina od strony Wodnik. Wkroczyli Niemcy, a sowiecka jednostka wycofała się na Uście Zielone. Niemcy byli w Mariampolu aż do 22 lipca 1944 r.
Wspomnę jeszcze, że kiedy przybiegłem do schronu i zobaczyłem tam zabitego ojca, w środku tego wykopu byli jeszcze ukrywający się ludzie, ale bardzo przerażeni siedzieli cicho.
Banderowcy, gdy zauważyli schron tej nocy, kazali memu ojcu wyjść i zdjąć buty, następnie go zastrzelili. Do środka wrzucili granat, od którego zginęła moja siostra Paulina i jej córka Julia Śrutwa, Filipina Wójcik, Józef Gadziński, Tekla Gadzińska, Maria Gadzińska i Józefa Gadzińska z domu Beskiewicz. Co do innych, wiem, że Wiktor Groński i Władysław Mikusz zostali zabici ,na polu na Strzyżowicy.
W czasie tego napadu na Wołczków nikt nie stawiał oporu, bo nie miał broni. Dolina i Słoboda (nazwy przedmieść Mariampola) z wyjątkiem kilku domów nie były objęte napadem.
Również mieszkańcy dworu (Jacek Kostański i Kołaczyńscy) nie zostali podpaleni. Ci którzy tej nocy zginęli zostali pochowani we wspólnej mogile na cmentarzu mariampolskim, od wejścia po prawej stronie bez udziału kapłana- ponieważ czas był naglący.
Szkody napadu były olbrzymie. Zamordowano 58 osób. Nie szczędzono też dzieci. Cała wieś była spalona. Pozostały tylko tu i ówdzie domy i zabudowania. Wiele sztuk bydła i koni spaliło się, a z wypuszczonych ze stajni też dużo przepadło. To był prawdziwie barbarzyński napad, gorszy niż w dawnych czasach tatarski.
Dobry Bóg pozwolił mi przeżyć tę noc. Dlatego zawsze dziękuję Bogu, że nie było wtedy w schronie dla mnie miejsca, gdy przybiegłem tej nocy, aby się w nim ukryć.
Załączam jeszcze i ten szczegół, że w podpalaniu domów brały też udział kobiety, które miały ze sobą benzynę lub naftę i polewały nią zabudowania, aby podpalone nie gasły.

Józef Maliborski s. Wawrzyńca.      


*Noc z 29 na 30 marca 1944 r. była najstraszniejszą w historii mieszkańców Wołczkowa-pomimo tego, że czuwano do godz. 24 banderowcy dokonali swego dzieła.
Moje młodsze rodzeństwo było na noclegu u babci w Mariampolu, zaś druga mama (ojciec owdowiał i ożenił się drugi raz) poszła do sąsiadów, skąd było blisko do wielkiego rowu, w którym można było się ukryć. Ojciec odprowadził mnie do krewnego Konopackiego za kaplicą na wzgórku; było stamtąd blisko do największego jaru z licznymi rozgałęzieniami i gliniankami, w których można było się schować. Ojciec jak zawsze poszedł do sąsiada Augustyniaka na czujkę. Przed godziną pierwszą usnąłem, a o godz. drugiej jak Wołczków długi napastnicy z UPA rozlokowali się tyralierą od strony Tumierza i zaczęli strzelać i palić pierwsze napotkane zabudowania. Do uciekających strzelano, a złapanych mordowano, niektórych oblewano benzyną i podpalano. Uczestnikami napadu byli nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. Podczas napadu szczęśliwi byli ci, którzy uciekli w kierunku Mariampola. O godzinie drugiej w nocy wszyscy ludzie, którzy byli na czujce u Konopackiego, gdy usłyszeli strzały, uciekli, a mnie pozostawili śpiącego. Nie wiem, jak długo spałem, siedząc na bambetlu oparty o kufer. W momencie, kiedy się obudziłem, w mieszkaniu od palących się zabudowań było jasno jak w dzień, drzwi były otwarte. Zobaczyłem, że jestem sam. Rzuciłem się do ucieczki w kierunku największego jaru obok ostatnich zabudowań Jantka Tarnowskiego. Usłyszałem wtedy głosy ludzi na strychu tego domu, który częściowo pokryty był dachówką a częściowo słomą. Zastukałem do drzwi, prosząc, by mnie wpuszczono. Ze strychu zszedł właściciel domu i na swoich plecach wyniósł mnie na strych. Było tam bardzo dużo ludzi. Po chwili usłyszeliśmy głosy Ukraińców: "tutu chatu tra pidpałyty" i podpalono od strony słomianego dachu. Ogień zepchnął nas pod dachówkę i zaczęliśmy się dusić Szukając świeżego powietrza, zwalaliśmy dachówkę. Byłem jako pierwszy przy otworze zrobionym w dachu; niewiele myśląc skoczyłem na ziemię, a za mną właścicielka domu Katarzyna Tarnowska rodem z Krymidowa wołając: "dajcie mi moje dziecko".
Korzystając z zamieszania wśród banderowców, którzy zauważyli wiele głów wyglądających spomiędzy łat w dachu, z różańcem w ręku ruszyłem do ucieczki w pole zwanym Branowskie. Tam napotkałem banderowca z karabinem w ręku; skierował lufę do mnie, ale w pewnym momencie odwrócił się, a ja zbiegłem w dół jaru chowając się w gliniankach, ale nie mogłem się ukryć. Dobiegłem do połowy jaru, tam spotkałem chowającą się sąsiadkę Rozalię Obacz, która okryła mnie dużą chustą i przytuliła do siebie. Po chwili przyszła do nas Tarnowska z czteroletnim synkiem; płacząc opowiadała, że na jej oczach Ukraińcy zabili jej męża (Gosztyłę) siekierą w głowę, długoletniego sołtysa Wołczkowa Kaspra Szczygielskiego, dwóch Konopackich i Stasichę, a Józef Śrutwa wyrwał się im z rąk i uciekł. Banderowcy idąc górą ponad jar w kierunku Wysokiej Góry rzucili rakiety oświetlające jar, szukając chowających się ludzi. Przestraszony zacząłem uciekać do końca jaru pod Branowskie i tam spotkałem ukrywających się sąsiadów Jana Sagę i Bronisława Nazimka. Wybiegliśmy w pole i dalej w las zwany Dębniakami, gdzie doczekaliśmy rana. Z lasu widzieliśmy wielką zgraję powracających napastników w kierunku Tumierza, śpiewających, jadących na koniach i furmankach oraz idących pieszo. Wśród nich byli nie tylko mężczyźni, ale i kobiety.
Przed południem wróciliśmy do wsi, której już nie było. Na miejscu tak ludnej wsi, kiedyś bardzo zabudowanej, zastaliśmy gdzieniegdzie domy, zgliszcza, trupy i popalone w stajniach bydło, Pomiędzy tym wszystkim chodzili zamyśleni ludzie, ale nie płakali, nie lamentowali, nie rozmawiali, bo byli jakby skamieniali; nie mieli co jeść, lecz głodu nie czuli, tylko od czasu do czasu ktoś zapytał: gdzieś był? gdzieś była?
Najwięcej ludzi zamordowano w jarze na Korpanówce, w domach, przy drodze wiodącej do Tumierza, w jarze za Jantkiem Tarnowskim i w schronie w dolnej części Wołczkowa u Jana Gadzińskiego. Tak było do godzin południowych. Przed wieczorem po południu rozpoczęła się nowa gehenna. Rusinom w Mariampolu rozkazano opuścić miasto na nadchodzącą noc, co też w pośpiechu czynili wyjeżdżając furmankami na ukraińskie wsie jak Łany, Dołhe, Dubowce i Tumierz. Dla nas Polaków miała nastąpić doszczętna zagłada; kto by uciekł przed nożem, siekierą czy kulą miał być utopiony w Dniestrze. Nie sposób opisać strachu tego popołudnia i wieczoru. Ludzie nie wiedzieli, gdzie uciekać, by przeżyć to polowanie. Wraz z ojcem wyszliśmy od babci w Mariampolu, która dała nam na drogę bochenek chleba. Nosiłem go pod pazuchą jak najcenniejszy skarb. Skierowaliśmy się do klasztoru, w którym przenocowaliśmy siedząc na korytarzu wśród wielkiej rzeszy ludzi. Noc przeminęła spokojnie. Rano zaczęliśmy się rozchodzić, każdy w swoją stronę. Wtedy zauważono od strony Łanów i Tumierza jeźdźców na koniach, każdy myślał, że to banderowcy. Okazało się, że to zwiad sowiecki, który przeszkodził banderowcom w minioną noc zniszczyć Mariampol i wymordować ludzi.
Był już pierwszy kwietnia, a za nim smutna Wielkanoc, spadł dość duży śnieg i przykrył to straszne pobojowisko Wołczkowa, ale swąd popalonych ciał i bydła unosił się nadal. Zaczęto grzebać pomordowanych na cmentarzu w Mariampolu, chociaż wcześniej proponowano jedną wspólną mogiłę na wzgórku za kaplicą w Wołczkowie; zakopywano gdzie kto mógł popalone bydło.
Przez dwa tygodnie stacjonowali w Mariampolu zwiadowcy Czerwonej Armii. Po dwóch tygodniach wojska niemieckie uderzyły większą siłą na oddziały sowieckie, które wycofały się na wschód, a my znowu znaleźliśmy się pod okupacją niemiecką. Propaganda UPA zaczęła grozić Polakom, dlatego niektórzy zdecydowali się przenieść tymczasowo do centralnej Polski. Zamożniejsi wyjeżdżali całymi rodzinami, grupując się w jeden transport.
Ojciec chciał nas dzieci, też wysłać takim transportem do Krakowa, gdzie organizacja społeczna-Rady Głównej Opiekuńczej rozciągała opiekę nad poszkodowanymi w czasie wojny. W celu załatwienia formalności z tym związanych, chciał udać się do Stanisławowa, ale na stacji w Jezupolu w czasie bombardowania zginął 4 czerwca 1944 r. odtąd zaczęła się ciemna noc naszych dziecięcych lat. Nie widzieliśmy go po śmierci i nie wiemy gdzie go pochowano. Sprawą wywiezienia nas pod opiekę RGO zajęli się stryjkowie, którzy potem również wyjechali na teren woj. krakowskiego. Wywieziono nas jako pierwszych samochodem niemieckim do Stanisławowa i nikt w tedy nie pomyślał, że to my zapoczątkujemy opuszczanie rodzinnej ziemi na zawsze i nikt nie pomyślał z tych, którzy pozostali, patrząc na nas z politowaniem, że za rok pod rozkazem opuszczą rodzinne strony.
Ja dostałem się na służbę do Skawiny, bo miałem już 12 lat, ale kawałka chleba byłem zawsze spragniony. Gorzej było z rodzeństwem w jednej koszuli na sobie, boso w obcych stronach, pukali do drzwi ludzi prosząc o kawałek chleba- taki los spotkał moje rodzeństwo.

Wschodzi słońce i zachodzi tu i tam,
A ja zawsze w jedną stronę spoglądam.
Na dalekim wschodzie świeci gwiazdka ma,
Tam jest dom rodzinny i w grobie matka ma.

Wschodzi słońce i zachodzi tu i tam,
A ja zawsze w jedną stronę spoglądam.
Na dalekim wschodzie świeci gwiazdek rój,
Tam jest dom rodzinny i w nieznanym grobie ojciec mój.

Stanisław Grochalski s. Józefa.       


Dom moich dziadków Grochalskich w Wołczkowie zachował się, gdyż był kryty blachą.
Moi rodzice też skorzystali z takiej możliwości wyjazdu i 20 czerwca 1944 r. wyjechali wraz z innymi rodzinami w okolice Rzeszowa (a w grudniu 1945 r. na "Ziemie Odzyskane"), pozostawiając w domu dobrowolnie babcię Rozalię Dorosz wraz Niemcami obsługującymi radiostację znajdującą się na podwórku. Babcia wyjechała z Mariampola w lipcu 1945 r. Do swojego kochanego Mariampola już nigdy nie wrócili.
Podkreślić należy też fakt, że nie wszyscy Rusini byli banderowcami, ale wszyscy banderowcy byli Ukraińcami. Przytoczę jeszcze takie zdarzenie jakie miało miejsce podczas spalenia Wołczkowa wg naocznych świadków: ocalało niemowlę w kołysce pozostawione w domu przez rodziców podczas ucieczki (w strachu zapomnieli o dziecku) tylko dlatego, że banderowiec zawahał się /przypuszczać można, że celowo to uczynił/, podpalił garść słomy, ale włożył ją do szafki w kuchni i zamknął drzwi. Z powodu braku tlenu ogień zgasł/. Strona Ukraińska przyznaje się do mordów w Wołczkowie.
We wspomnianej książceМаріямпіль-місто Маріїwydanej w Stanisławowie w 2003 r. na str 55 podaje:"Вовчків наприкінці війни став базою для загонів Армії крайової на Прикарпатті тому очевидно був спалений повністю в ніч з 29 на 30 березня 1944 р. Під час цієї акції у Вовчкові загинуло близько 60 осіб". (58)
W tłumaczeniu na język polski;" Wołczków pod koniec wojny stał się bazą Armii Krajowej na Podkarpaciu, dlatego oczywiście został spalony nocą z 29 na 30 marca 1944 roku. Podczas tej akcji w Wołczkowie zginęło blisko 60 osób". (Dokładnie 58 osób).
Niech Bóg nie poczyta im tego grzechu; "i odpuść nam winy nasze jak i my odpuszczamy winowajcom naszym" .....і прости нам провини наші, як і ми прощаємо винуватцям нашим....... lub jak kto woli wg nowych słów modlitwy ...."і прости нам довги наші, як і ми прощаємо довжникам нашим"...
Choć nie wszyscy, którym zamordowano bliskie osoby, były- czy też są w stanie wypowiedzieć te słowa i trudno się im dziwić...
Pełna lista pomordowanych znajduje się na tablicy kamiennej w bocznej nawie kościoła NMP na Piasku we Wrocławiu oraz w książce pt. Stanisławów i Mariampol Wokół Koronacji Cudownego Obrazu wydanej we Wrocławiu w 1989 r.
Twierdzenie strony Ukraińskiej, że przyczyną spalenia Wołczkowa była silna baza Armii Krajowej zagrażająca całemu Podkarpaciu jest nieprawdziwe. Gdyby w Wołczkowie była jakakolwiek polska organizacja zbrojna w tym czasie, to nie doszło by do spalenia Wołczkowa. Wspomnieć trzeba, że w części dolnej Wołczkowa, gdzie pewna rodzina była w posiadaniu broni palnej, po oddaniu kilku strzałów odstąpiono od podpalenia okolicznych zabudowań. Bezpośrednią przyczyną spalenia i dodać trzeba zamordowania w okrutny sposób 58 osób był fakt, że Wołczków zamieszkały był w zdecydowanej większości przez Polaków.
Wszystkie ofiary tego mordu pochowano we wspólnej mogile na cmentarzu w Mariampolu bez udziału księdza i uroczystości z tym związanych. Skromne skrzynki drewniane, a w nich ciała zamordowanych czy też spalone układano jedne przy drugich w ciągu całego dnia w sobotę 1 kwietnia tuż przed Niedzielą Palmową. Smutna to była Wielkanoc 1944 roku, po raz pierwszy nie śpiewano podczas rezurekcji "Wesoły nam dzień dziś nastał......
W tym czasie proboszczem był, po zamordowaniu ks. Marcina Bosaka ks. Mikołaj Witkowski, który wraz z pozostałymi parafianami i obrazem Matki Boskiej Mariampolskiej wyjechał na zachód do Głubczyc na Opolszczyźnie, a później przeniósł się do Wrocławia.
W lipcu 1944 r. do Mariampola ponownie przyszli tzw "drudzy Sowieci". Przy NKWD powstawały oddziały polskiej samoobrony tym razem uzbrojone tzw. Istriebitielnyje Bataliony (były to jednostki bojowe sformowane przez NKWD pozostające pod jego nadzorem, ale dowodzone przez Polaków: w tłumaczeniu na język polski: niszczycielskie, likwidacyjne, szturmowe, przeznaczone były do zwalczania UPA i miały na celu położyć kres mordowaniu polskiej ludności i Ukraińców niesprzyjających UPA oraz zaprowadzić ład i porządek publiczny na zapleczu frontowym). Istriebki lub stribki, tak nazywano żołnierzy,
stały się najbardziej skutecznymi oddziałami samoobrony, choć przyznać trzeba, że brały udział w akcjach odwetowych. Banderowcy nawet po wkroczeniu Armii Czerwonej prowadzili akcje zaczepne nawet z regularnym wojskiem.
Przypadki takie wystąpiły pod Krzywą Górą (8-10 km od Mariampola w kierunku Halicza), gdzie małe grupy banderowców zaatakowały kilkakrotnie oddziały Sowieckie


Występowały też takie sytuacje gdzie w mieszanych małżeństwach dochodziło do tego, że mąż, jeśli był Rusinem to musiał się wykazać mordując żonę i córkę Polkę. Przytoczę tu wypowiedź jednego z aktywnych nacjonalistów w tamtych czasach na Wołyniu, który po latach podaje, do czego doprowadził go ten krwiożerczy nacjonalizm; "byłem aktywnym nacjonalistą, żonę miałem Polkę; syna wychowałem w duchu nacjonalizmu, córka tak jak matka była Polką. Przywódcy zażądali, jeśli jesteś takim jak mówisz to rozpraw się z Polakami w swoim domu. I stało się, syn zajął się tą ohydną zbrodnią, mordując matkę i siostrę, następnie opuścił dom na kilka miesięcy. Po powrocie syna uświadomiłem sobie, że już nie mam ani żony ani córki. Zastałem śpiącego syna w łóżku, wróciłem z siekierą i śpiącemu synowi odrąbałem głowę. Patrzcie do czego doprowadza nacjonalizm".


Ludzi mordowano w różnych okolicznościach, choćby kobiety wracające ze Stanisławowa od mężów będących na aktualnej linii frontu. Tak zamordowano moją kuzynkę Annę Czerniachowską z d. Sarna (wracała od męża).


W marcu 1945 r. podczas dostawy kontyngentu do Halicza zamordowano pod Krzywą Górą 13 mężczyzn, w tym 3 Rusinów. Ciał nie odnaleziono, wróciło tylko kilka zaprzęgów z połamanymi wozami, resztę rozkradziono (lista zaginionych znajduje się na tablicy kamiennej w kościele NMP we Wrocławiu) .
Podobne sytuacje występowały w sąsiednich województwach, ale najbardziej tragiczne na Wołyniu.
Nie sposób tu wszystko opisać, faktem jest to, że taka sytuacja zaistniała po raz pierwszy w całej historii tych ziem gdzie od wieków mieszkali Rusini i Polacy a później też Żydzi.
Odróżnić Polaka od Rusina można było tylko poprzez przynależność do kościoła czy cerkwi.
Polacy zamieszkujący od wieków te ziemie razem z Rusinami, często stanowili mieszane małżeństwa. I jak tu powiedzieć, że jest się Polakiem z krwi i kości, przecież kilka pokoleń wstecz poprzez mieszane małżeństwa w każdym z nas zapewne płynie jakaś domieszka krwi między innymi rusińskiej (w moich żyłach pewnie też). Wyjątki stanowią tzw. kolonie polskie czy też niemieckie, gdzie ludność ta od niedawna zamieszkiwała te tereny. W Wołczkowie Polacy zamieszkiwali od wieków, a i tak przez miejscową ludność rusińską nazywani byli "Mazurami". Latem 1945 r. rozpoczęły się masowe wysiedlenia Polaków zgodnie z postanowieniami jałtańskimi.

Początek konferencji jałtańskiej: 4 lutego 1945r.


Słowo "Jałta" w języku polskim nie jest wyłącznie określeniem geograficznym, oznaczającym miejscowość nad Morzem Czarnym na Krymie. Wydarzenie, do jakiego doszło w Jałcie w lutym 1945 r. sprawiło, że słowo to nabrało w pierwszym rzędzie wydźwięku politycznego, stając się synonimem zdrady Polski przez sprzymierzone z nią zachodnie mocarstwa i decydowania o jej losach ponad głowami jej mieszkańców.
Od 4 do 11 II 1945 r. odbywała się w Jałcie druga, po teherańskiej, konferencja "Wielkiej Trójki" - przywódców trzech walczących z Niemcami i Japonią najpotężniejszych mocarstw świata - reprezentującego ZSRR Józefa Stalina, prezydenta USA Franklina Delano Roosvelta i premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla. Politycy ci spotkali się po to, by ustalić zasady nowego ładu geopolitycznego, jaki po pewnym już wówczas zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami miał zapanować w Europie i na świecie.

Decyzje "Wielkiej Trójki "


Podobnie jak w czasie konferencji teherańskiej, główne dyskusje toczyły się podczas prywatnych rozmów Roosvelta i Stalina - Churchill był tylko informowany o podjętych decyzjach. Po tygodniu obrad przywódcy trzech mocarstw opublikowali ustalenia konferencji, ujmując je w sześciu punktach. Ich postanowienia - ujmując skrótowo - były następujące:
Ustalono ostatecznie, że wschodnia granica Polski będzie oparta o tzw. linię Curzona. Rekompensatą za utratę terenów na wschodzie miało być dla Polski "znaczne", ale nie sprecyzowane w żaden konkretny sposób rozszerzenie jej terytorium na północ i na zachód. Podjęto decyzję o utworzeniu nowego Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, w skład którego - oprócz komunistów z popieranego przez Stalina Rządu Tymczasowego (będącego prostym przedłużeniem PKWN) - mieli wejść także "demokratyczni" przywódcy z kraju i emigracji. Do przekształcenia polskiego rządu doprowadzić mieli minister spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesław Mołotow i ambasadorzy amerykański oraz angielski w Moskwie - co oznaczało, że ostatecznym decydentem w sprawie polskiego rządu będzie Stalin. Utworzony w wyniku dyplomatycznych zabiegów TRJN miał otrzymać uznanie trzech mocarstw i zobowiązać się do "przeprowadzenia możliwie najbardziej wolnych i nieskrępowanych wyborów, opartych na głosowaniu tajnym i powszechnym". Osobliwością - i potencjalnym przedmiotem nadużyć w postaci ograniczenia praw wyborczych - było sformułowanie, że w przyszłych wyborach będą miały prawo wziąć udział i wystawić kandydatów "wszystkie partie demokratyczne i antyrasistowskie".

Triumf dyktatora


Konferencja jałtańska była wielkim triumfem Józefa Stalina. Sowiecki dyktator odniósł zwycięstwo przede wszystkim w sprawach polskich: rozwiązania przyjęte przez Wielką Trójkę otwierały przed nim perspektywę całkowitego związania Polski z polityką Moskwy, bez czego realizacja idei sowieckiego przywództwa w Europie Wschodniej i Środkowej byłaby praktycznie niemożliwa.

Reakcje Polaków


Niezależnie od orientacji politycznej i miejsca pobytu, Polacy przyjęli ustalenia Konferencji Jałtańskiej w sposób dość jednoznaczny - jako potwierdzenie faktu, że los Polski będzie odtąd w zasadniczej mierze kształtował się pod wpływem polityki ZSRR.
Ocena ustaleń Wielkiej Trójki zależała, oczywiście, od poglądów politycznych poszczególnych stronnictw czy osób. "Uchwały konferencji w sprawie Polski są zwycięstwem demokracji polskiej. Jeżeli poprzednio jedynie Związek Radziecki uznawał Rząd Tymczasowy za prawdziwego reprezentanta narodu polskiego, to obecne uchwały konferencji oznaczają uznanie przez wszystkie państwa sprzymierzone demokratycznej władzy w Polsce jako jedynej praworządnej władzy" - głosiła rezolucja, wyrażająca poglądy komunistów.
Całkowicie odmienną opinię wyraził rząd polski na emigracji. Jego zdaniem, jałtańskie decyzje były de facto "nowym rozbiorem Polski, tym razem dokonanym przez sojuszników". Rząd w Londynie stwierdził, że "decyzje konferencji 'trzech' zostały przygotowane i powzięte nie tylko bez udziału i upoważnienia Rządu Polskiego, ale i bez jego wiedzy". Oświadczył ponadto że "decyzje Konferencji Trzech dotyczące Polski (...) nie mogą obowiązywać Narodu Polskiego".


Zdrada jałtańska?


Pozostaje kwestią oceny, czy popularne w Polsce twierdzenie o "zdradzie jałtańskiej" jest słuszne? Niewątpliwie, przywódcy największych mocarstw zadecydowali o losie Polski ponad głowami Polaków. Emigracyjny rząd polski w Londynie - cieszący się powszechnym poparciem w kraju i wcześniej również uznaniem mocarstw zachodnich - został całkowicie zignorowany. Decyzje w sprawie Polski zapadły nie tylko bez jakiegokolwiek upoważnienia polskiego rządu, ale i bez jego wiedzy.
Przyjęty w Jałcie sposób podejmowania decyzji w sprawach Polski z pewnością mógł być uznany za rażące naruszenie suwerenności Polski jako państwa. Nie jest jednak oczywiste, że gdyby przywódcy zachodni mieli w Jałcie więcej odwagi i determinacji wobec Stalina, to powojenne losy Polski mogłyby potoczyć się inaczej. W momencie Konferencji Jałtańskiej rząd polski w Londynie nie miał w kraju żadnej realnej władzy. Niemal całe obecne terytorium Polski było opanowane przez Armię Czerwoną i współdziałające z nią odziały utworzonego w ZSRR Wojska Polskiego. Rządzącym w Polsce rządem był nie rząd polski na emigracji, lecz całkowicie zależny od sowietów Rząd Tymczasowy, będący prostą kontynuacją utworzonego pod auspicjami Stalina PKWN. Pomysł, by w powojennej Polsce władzę objął "legalny" rząd polski w Londynie, był już pomysłem nierealistycznym.
Ponadto sprawa polska - choć istotna - nie była na Konferencji Jałtańskiej sprawą najważniejszą. Dla Roosvelta np. niezwykle ważne było skłonienie ZSRR do udziału w wojnie ze stawiającą wciąż potężny opór Japonią. Cel ten był dla niego tak istotny, że dla jego realizacji gotów był on iść na ustępstwa wobec Stalina w innych sprawach (jak choćby w kwestiach dotyczących Europy Wschodniej, w tym Polski), zaś Churchill zmuszony był popierać rozwiązania podjęte przez Roosvelta i Stalina z obawy przed polityczną izolacją.


Czy teherańska?


Rzadko pamięta się o tym, że kluczowe decyzje w sprawie Polski - takie jak oparcie wschodniej granicy o Linię Curzona - zostały podjęte ponad rok wcześniej, podczas konferencji "Wielkiej Trójki" w Teheranie w grudniu 1943 r. Wbrew obiegowym opiniom, to nie Jałta czy Poczdam, ale właśnie konferencja teherańska przesądziła o tym, jakie będą losy Polski po zakończeniu wojny. Tyle tylko, że o ile ustalenia Konferencji Jałtańskiej (a później poczdamskiej) znane były od momentu ich zakończenia, to decyzje podjęte w Teheranie przez ponad rok były utrzymywane w najgłębszej tajemnicy i nikt z Polaków nie wiedział, że zachodni sojusznicy już wydali Polskę w ręce Sowietów. Decyzje jałtańskie były tylko konsekwencją ustaleń podjętych w Teheranie. O ustaleniach tych - zdaniem wielu historyków zajmujących się okresem II wojny światowej - wciąż nie wszystko wiadomo.
Na konferencji jałtańskiej Stalin określił granice Polski pozostawiając Lwów w granicach CCCP, a w związku z tym musiało nastąpić wysiedlenie ludności polskiej z terenów wschodnich na zachód. Dlatego słusznie Polacy z terenów wschodnich czują się oburzeni określeniem "repatriacja", ponieważ mieszkali i mieszkają w Polsce. Wysiedlenie ludności polskiej z Kresów, zahamowało dalsze poczynania banderowców nastawionych wrogo do Polaków. Wyjazdy były koniecznie, jednak niedobrowolne lecz przymusowe.


W okresie międzywojennym 1918-1945 było w Mariampolu 9 powołań kapłańskich (rzym-kat.) i 3 siostry zakonne, a w czasie powojennym przybyło 3 kapłanów i 1 siostra zakonna.
Obecnie żyje tylko jeden kapłan ur. w 1935 r. w Mariampolu ks. Władysław Obacz.

Tak było do 1945 r. kiedy to nastąpiły zmiany granic i Mariampol pozostał w granicach ZSRR.